Ułan z Prużany
Prużana – niewielkie, powiatowe miasteczko zagubione na Kresach II Rzeczpospolitej. Jeden kościół, dwie cerkwie, wąskie uliczki brukowane „kocimi łbami”, a przy nich rzędy ubogich żydowskich sklepików. Najbliższa stacja kolejowa znajdowała się w odległych o kilkanaście kilometrów Orańczycach, dokąd dojeżdżało się kolejką wąskotorową. Jedyną atrakcją był klub urzędniczy, gdzie można było tanio i dobrze zjeść oraz zagrać w karty. Nie bez przyczyny w pułkowych żurawiejkach znalazły się i takie zwrotki:
„Powycierał wszystkie kąty
sławny pułk dwudziesty piąty”
czy:
„Wielkopolskim się mianuje
a w Prużanie pokutuje”

Dla wielu młodych oficerów, zwłaszcza tych pochodzących z centralnej Polski, to było prawdziwe zesłanie. Ale nie dla kresowiaka Henryka Roycewicza, który po otrzymaniu skierowania napisał entuzjastyczny list do rodziny, nie kryjąc dumy, że będzie służył w sławnym pułku.
Rzeczywiście, podczas wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku okrył się sławą, goniąc bolszewików aż po Żytomierz. Skąd wzięła się nazwa Wielkopolski, skoro stacjonował na Polesiu? Otóż w okresie, kiedy formowało się Wojsko Polskie, wiele jednostek przyjmowało nazwę terenów, na których powstawały. Pułk 25 miał początkowo numer 115 i składał się przede wszystkim z żołnierzy armii niemieckiej. Chrzest bojowy przeszedł w połowie sierpnia 1920 roku pod Nowogrodem, walcząc z konnym korpusem Gaja. W toku walk żołnierze dojrzeli, nabyli doświadczenia i stali się jednymi z najlepszych w wojnie polsko-bolszewickiej. 37 oficerów i żołnierzy otrzymało ordery Virtuti Militari. Jak pisał rotmistrz Radecki-Mikulicz, w jednostce panowała atmosfera żołnierskiej solidarności, dowódców zaś cechowała umiejętność podejmowania szybkich, samodzielnych decyzji. Te dwa elementy stały się później tradycją i – jak zobaczymy – znalazły swe potwierdzenie podczas kampanii wrześniowej. Potem pułk otrzymał numer 25 i przeniesiony został w rejon jeziora Świteź, by strzec polskiej granicy.

W Prużanie na Polesiu podporucznik Roycewicz znalazł swój drugi dom. Po utworzeniu państwa litewskiego wiele polskich rodzin – w tym także rodzina Roycewiczów – opuściło tereny Żmudzi. Janopol został sprzedany, a pani Eugenia wraz z dziećmi przeniosła się do swojego rodzinnego majątku Misiuczany, położonego około 30 kilometrów od Wilna. Rządziła twardą ręką i była bardzo związana z parafią w Turgielach. Na cele kościelne przeznaczała znaczną część pieniędzy pochodzących ze sprzedaży drewna z własnych lasów, co spotykało się z protestami dzieci, a zwłaszcza Eweliny. Rodzeństwo rozjechało się po świecie. Jan ukończył studia politechniczne i został chemikiem, Henryk wybrał karierę wojskową, Ewelina wyszła za mąż za właściciela dużego majątku Hranicze położonego na Kresach. Janina była bardzo piękną dziewczyną i wyszła za mąż za austriackiego dyplomatę. Tragiczny los spotkał dwóch młodszych braci. Wilhelm zmarł na gruźlicę w bardzo młodym wieku, a Wacław popełnił samobójstwo w 1938 roku, co do dziś jest zagadką dla całej rodziny.
Henryk Roycewicz, jak każdy młody człowiek decydujący się na służbę w kawalerii, musiał zdawać sobie sprawę z tego, że będzie to służba nie tylko zaszczytna i pełna przygód, ale też trudna i wymagająca.
Szczególnie na Kresach. Jeszcze kilka lat po wojnie, kiedy nie istniał Korpus Ochrony Pogranicza (KOP), jednostki stacjonujące na Ziemi Nowogrodzkiej musiały walczyć z sowieckimi dywersantami. Szczególnie groźna była banda „Muchy” – postrach całej okolicy.
Po zameldowaniu się w pułku podporucznik Roycewicz objął dowództwo plutonu. Do jego zadań należało dopilnowanie, aby minutowy plan szkoleniowy przewidziany dla szwadronu został w pełni zrealizowany. W praktyce oznaczało to, że trzeba było być na nogach od piątej rano do późnego wieczora. Przed oficerami stały rozliczne zadania. Musieli być nie tylko dowódcami powierzonych im oddziałów, ale także nauczycielami, demonstratorami i dobrymi psychologami. Wiedzę teoretyczną trzeba było łączyć z umiejętnościami praktycznymi.
Już w pierwszym okresie pobytu w pułku zwrócił na siebie uwagę i skierowany został jako instruktor w pułkowej szkole podoficerskiej, a 1 stycznia 1923 roku otrzymał awans do stopnia porucznika. Przełożeni mówili o nim: „ambitny, pilny, inteligentny, prawy”. Dowódca 9. Brygady Kawalerii generał Adolf Waraszkiewicz napisał: „wybitny oficer, jeździec i instruktor”, dowódca pułku podpułkownik Roland Bogusz także był pod wrażeniem jego umiejętności jeździeckich.
Na pierwszy rzut oka widać było, że od dziecka miał kontakt z koniem – lekki, naturalny dosiad i wszechstronne przygotowanie fizyczne. Szybko zyskał sławę – jak to wówczas mówiono – „najlepszego sportsmena” w pułku. Kiedy wybudowano kort tenisowy, wygrywał ze wszystkimi kolegami, znakomicie władał białą bronią. Zimą jego pasją sportową stało się narciarstwo i nie bez przyczyny powierzono mu dowodzenie plutonem narciarzy. Nie miał sobie równych w skjoeringu – sporcie łączącym narciarstwo i jeździectwo. Najważniejsza jednak była dla niego jazda konna i poświęcał jej każdą wolną chwilę.
Elegancki, znakomicie trzymający się w siodle, zawsze mógł liczyć na aplauz widowni, zwłaszcza jej damskiej części. Podczas pokazów i konkursów pułkowych otrzymywał najwięcej braw. Cotygodniowe pokazy przed dowódcą pułku obejmowały woltyżerkę, ujeżdżenie, skoki przez przeszkody i władanie białą bronią. Jego najgroźniejszymi konkurentami byli rotmistrz Wiktor Baranowski i porucznik Zygmunt Orłowski. Ta trójka stanowiła pułkową czołówkę i rywalizowała o palmę pierwszeństwa. Z reguły z tych pojedynków zwycięsko wychodził porucznik Roycewicz.
Pierwsza okazja zmierzenia się z rywalami na arenie krajowej nadarzyła się jesienią 1923 roku, kiedy do kalendarza imprez wojskowych zostały wprowadzone Mistrzostwa Konne Wojska Polskiego zwane „Militari”. Stanowiły one sprawdzian umiejętności sportowych i wyszkolenia bojowego kawalerzystów. Zostały rozegrane w dniach 5–8 października 1923 roku w Warszawie, a barwy 25. Pułku Ułanów Wielkopolskich reprezentowała wymieniona trójka. Podczas rejestracji zawodników zdarzyło się drobne nieporozumienie – nazwisko Roycewicza zostało napisane przez „j”. I tak już zostało. Potem we wszystkich zawodach wojskowych figuruje on jako Rojcewicz, a w konkursach sportowych, w tym olimpijskich – jako Roycewicz. Zawody „Militari” trwały trzy dni i w programie były następujące konkurencje: pierwszego dnia odbywały się próba ujeżdżenia konia w czworoboku i skoki posłuszeństwa; drugiego – siedmiokilometrowy bieg bez przeszkód na czas, sześciokilometrowy cross z przeszkodami (prędkość 400 metrów na minutę), bieg piętnastokilometrowy (prędkość 240 metrów na minutę) połączony z władaniem bronią białą i strzelaniem z pistoletu. Wszystkie konkurencje w pełnym rynsztunku. Na zakończenie prób tego dnia odbywał się steeplechase – trzy kilometry z przeszkodami (prędkość 500 metrów na minutę) i bieg pieszy w maskach przeciwgazowych. Trzeciego dnia rozgrywany był konkurs hipiczny z 12 przeszkodami o wysokości 120 centymetrów. Uczestnicy mieli do pokonania łącznie 31 kilometrów i pozostawali na trasie 2 godziny i 20 minut. Wymagało to żelaznej kondycji zarówno koni, jak i jeźdźców.
Zawody rozgrywano metodą eliminacyjną – najpierw w pułkach, potem w brygadach i wreszcie runda finałowa. Prawo startu mieli tylko oficerowie zawodowi, każdy pułk wystawiał czterech jeźdźców, którzy tworzyli drużynę; dodatkowo mogło startować dwóch zawodników indywidualnych. Warszawski finał zgromadził więc na starcie około 240 jeźdźców i był przeglądem wyszkolenia polskiej kawalerii. Współzawodnictwo między pułkami przyczyniło się do podniesienia poziomu umiejętności jeździeckich kadry oficerskiej. Niestety, protokoły z tych zawodów nie zachowały się i dzisiaj nie wiemy, jakie miejsca zajęli jeźdźcy z Prużany. Wiadomo tylko, że trenerzy dostrzegli talent Henryka Roycewicza i otrzymał on powołanie do Centralnej Szkoły Kawalerii w Grudziądzu na dziesięciomiesięczny kurs dyplomowanych instruktorów.