
Wczesnym rankiem 1 września 1939 roku o godzinie 4.45 na polską placówkę na Westerplatte spadły pierwsze pociski wystrzelone z pokładu pancernika „Schleswig-Holstein”. Niemcy zaatakowały Polskę.
Rozpoczęła się
II Wojna Światowa
Mieszkańców Lidzbarka obudził o świcie huk dział spod Mławy, a potem nieco słabszy spod Brodnicy. Jeszcze nie wiedziano, czy to wojna, czy może manewry. Dopiero radiowe orędzie prezydenta Ignacego Mościckiego, skierowane do obywateli Rzeczypospolitej i wzywające do obrony wolności i niepodległości, rozwiało wszelkie wątpliwości. Wojska Wehrmachtu zaatakowały granice z Polską na całej długości. Samoloty niemieckie rozpoczęły bombardowania całego kraju. Polska została zaatakowana z trzech stron: z północy ruszyły potężne siły armii generała Fedora von Bocka, z Prus Wschodnich 3. armia generała Georga von Küchlera, a od południa i południowego zachodu nacierała armia generała Gerda von Rundstedta oraz trzy inne armie.
25. Pułk Ułanów Wielkopolskich, wchodzący w skład Brygady Kawalerii generała Andersa, miał bazę w rejonie Lidzbarka.
Trwający trzy dni zacięty bój o północne Mazowsze i bitwa pod Mławą przeszły do historii II wojny światowej. Przeważające siły generała von Küchlera przełamały obronę mazowieckiej 1. Brygady Kawalerii i stworzyły zagrożenie na tyłach wojsk polskich. Chwałą okryli się żołnierze 20. Dywizji Piechoty armii „Modlin”, do ostatniej chwili broniący swych placówek. Inne oddziały zostały rozbite i wycofały się na linię Wisła–Narew. Taki rozwój wydarzeń zadecydował o zmianach wcześniejszych planów sztabowych, a wiele jednostek, w tym także 25. Pułk Ułanów, otrzymało nowe zadania. W pierwszych dniach września w rejonie Lidzbarka toczyły się drobne potyczki przygraniczne. Na osobisty rozkaz generała Andersa ułani 25. Pułku wykonali dwa podjazdy – wzdłuż szosy Działdowo–Lidzbark i w okolicach Żabiny – z poleceniem, by nie przekraczać granicy biegnącej wzdłuż torów kolejowych, a otwierać ogień tylko w przypadku ataku Niemców. Młodzi żołnierze wracali na kwatery podniesieni na duchu i pełni wrażeń; dla nich był to „chrzest bojowy”.
Podczas wieczornego apelu 3 września podpułkownik Korczak odczytał rozkaz dzienny, który stwierdzał, że ułani drugiego szwadronu rotmistrza Roycewicza, uczestniczący w podjeździe, wykonali swe zadanie. Sytuacja na froncie północnym określona została jako „niezła”.
4 września 25. Pułk Ułanów opuścił rejon Lidzbarka i wyruszył w kierunku Płocka. Na ganku gościnnego dworu Wlewsk odjeżdżających ułanów żegnała pani Różycka, a jej ośmioletnia córeczka Halszka, pułkowa maskotka, wręczała ułanom bukieciki polnych kwiatów. Obrazek jak z Kossaka. We wsiach, przez które przejeżdżali żołnierze, ludzie wychodzili na drogę i pytali, co mają robić – zostawać i pilnować dobytku czy uciekać wraz z wojskiem. Ułani radzili, by zostawać. Jak wspomina podporucznik Jan Błasiński, odpowiadali: „My tu wkrótce wrócimy. Jak tylko wciągniemy Niemców do «worka», będziemy z powrotem”.
Na stacji kolejowej w Lidzbarku wysadzono w powietrze wieżę ciśnień, by sparaliżować ruch pociągów. Na rozkaz generała Andersa podpalano stojące na polach stogi zboża – wiadomo było, że Niemcy od wielu lat mają kłopoty z zaopatrzeniem i teraz trzeba robić wszystko, aby jak najmniej dóbr trafiło w ich ręce.
Jako ostatni swą placówkę opuszczał szwadron rotmistrza Roycewicza. Po zejściu z czaty pionierzy wysadzili mostek na rzece Wel. W ciemnościach widoczna była linia okopów, które w ostatnich dniach były ich schronieniem. Maszerując nocami, a w dzień ukrywając się przed niemieckimi samolotami w lasach, 6 września rano żołnierze dotarli do celu. Płock był dobrze przygotowany do obrony, ulice wjazdowe blokowały zapory przeciwpancerne, działa polowe stały na swych stanowiskach. Ułani otrzymali zadanie: ubezpieczać most na Wiśle i przyczółek Radziwie–Łąck. Po nocach forsownego marszu przyszła chwila odpoczynku. Szwadron rotmistrza Roycewicza biwakował na skraju lasu tuż koło leśniczówki Łąck. Gospodarze w pośpiechu opuścili domostwo, pozostawiając cały dobytek; w kredensie czekała cała zastawa stołowa. Wieczorem dowództwo spotkało się na wystawnej kolacji, nastroje się poprawiły.
Dymiła kuchnia polowa, żołnierze otrzymali ciepły posiłek. Na zaopatrzenie i wyżywienie nikt nie mógł narzekać, bowiem do kwatermistrzostwa trafiła znaczna ilość trzykilogramowych puszek szynki eksportowej ze zbombardowanych składów zakładów mięsnych. Takie kolacje żołnierze miewali tylko podczas świąt pułkowych. Do późnych godzin rozmawiano o sytuacji na froncie. Nie było radia ani gazet, nie docierały żadne korespondencje. Jedynym źródłem wiadomości były ustne relacje ludności cywilnej lub żołnierzy, którzy stracili kontakt ze swymi oddziałami.
Najbardziej niepokojące były wieści napływające z Warszawy: instytucje centralne i urzędy państwowe rozpoczęły już ewakuację, trwały rozmowy na temat rekonstrukcji rządu i powołania nowego premiera. Niemieckie oddziały pancerne i zmotoryzowane zbliżały się do stolicy. Resztkami sił broniła się jeszcze załoga Westerplatte. Meldunki ze sztabów armii „Modlin”, „Łódź”, „Pomorze” i „Kraków” nie dodawały żołnierzom otuchy. Pojawiły się pierwsze oznaki zwątpienia w cel dalszej walki, a niemiecka propaganda rozsiewała fałszywe informacje o rozłamie, do jakiego miało dojść w rządzie polskim. Latające nisko nad miastami samoloty rozrzucały ulotki nawołujące do kapitulacji i składania broni. „W tych dniach – jak wspominał rotmistrz Roycewicz – zwykła plotka była nie mniej groźna niż niemieckie bomby i kule”.
Postój w zacisznej leśniczówce Łąck nie trwał długo. 8 września cała brygada otrzymała rozkaz wymarszu w kierunku Warszawy. Przed wieczorem pułk wyszedł na asfaltową szosę, a potem skierował się na boczne drogi prowadzące na wschód. O godzinie 20 następnego dnia czoło kolumny niespodziewanie zostało zatrzymane na moście na Wiśle i mimo protestów skierowane do zachodniej części Puszczy Kampinoskiej. Stało się tak mimo wyraźnego rozkazu dowódcy armii „Modlin”, nakazującego pozostanie na miejscu.
Po wojnie w prasie emigracyjnej toczyły się ostre spory na temat odpowiedzialności poszczególnych dowódców. Głośno mówiło się o konfliktach, doszło do procesów o zniesławienie. Śledztwo wykazało, że przyczyną większości błędów i niepowodzeń był brak koordynacji na wysokich szczeblach dowodzenia.
Rozkazy i instrukcje kierowane do generała Andersa nie docierały do jego rąk lub przesyłane były ze znacznym opóźnieniem. Od pierwszych dni września łączność działała fatalnie.
9 września przez kilka godzin sztabowcy armii „Modlin”, „Poznań” i „Warszawa” uzgadniali między sobą, gdzie skierować kawalerzystów Andersa. Ostatecznie, zgodnie z rozkazem Wodza Naczelnego, brygada otrzymała zadanie: przejść w rejon Wiązowny i bronić Warszawy od wschodu. Nieustannie nękany przez niemieckie samoloty 25. Pułk Ułanów opuścił lasy Kampinosu i koło Nowego Dworu przekroczył Wisłę. Kolumnę ubezpieczał szwadron rotmistrza Roycewicza. Od strony Warszawy dobiegały odgłosy wybuchów kul armatnich i bomb: niemiecka artyleria prowadziła nieprzerwanie ostrzał stolicy. Jeszcze jedna nieprzespana noc i marsz piaszczystymi drogami prowadzącymi po obrzeżach Nowego Dworu, Jabłonny i Anina. W Starej Miłosnej widok jadących w szyku trójkowym ułanów wzbudził sensację. Wzdłuż drogi utworzyły się szpalery, nawet siostry zakonne z pobliskiego klasztoru witały żołnierzy. Mimo zmęczenia prezentowali się okazale. Co za piękne wojsko!
12 września w sztabie nowo utworzonej armii „Warszawa” opracowany został plan operacji zaczepnej na wschodnim brzegu Wisły. Grupa generała Juliusza Zulaufa miała uderzyć na linii Radzymin–Tłuszcz, a grupa operacyjna kawalerii – zaatakować w okolicach Kałuszyna; brygady kawalerii Nowogródzka i Wołyńska, wzmocnione baterią artylerii konnej, pozostawały w odwodzie. Plan jednak się nie powiódł. Stąd decyzja dowództwa o przerwaniu walk o Mińsk i skierowaniu osamotnionej grupy generała Andersa na południe, nad Wieprz.
Był 13 września, po dwóch tygodniach walk dwa korpusy pancerne Wehrmachtu zbliżały się ze wschodu do Pragi, Otwocka i Karczewa. Stolica przygotowywała się do obrony, na przedmieściach i na trasach wjazdowych budowano barykady. Prezydent Stefan Starzyński codziennie występował w Polskim Radiu, wzywając mieszkańców stolicy do walki.

Zapadał już zmierzch, kiedy 25. Pułk Ułanów przybył do Kołbieli, niewielkiej miejscowości położonej kilkanaście kilometrów od Mińska Mazowieckiego. Miasteczko sprawiało wrażenie wymarłego – okiennice i drzwi wejściowe domów pozamykane, na uliczkach ani żywego ducha. Mieszkańcy opuścili domostwa w obawie, że bój o Mińsk przeniesie się na ich teren. Zmęczeni, zakurzeni, mający za sobą dzień pełen wrażeń i przygód ułani rozlokowali się na rynku przed kościołem, a dowództwo – w pałacu Zamoyskich. Dwa tygodnie później w pałacu tym zatrzyma się Hitler, który przyjedzie, by obserwować płonącą Warszawę.
Tego dnia, 13 września, pułk pokonał trasę Wólka Mlądzka–Glinianka–Dobrzyniec–Grębiszew–Pogorzel. Szlak prowadził bocznymi, piaszczystymi drogami, na czele szedł szwadron rotmistrza Roycewicza, posiadający szybkie, sprawne w boju konie. Nagle w połowie drogi kolumna została ostrzelana z broni maszynowej z wioski odległej o kilkaset metrów. Doszło do wymiany ognia i już szwadron przygotowywał się do ataku, gdy okazało się, że to strzelają nasi… We wsi stał oddział rotmistrza Juliana Cetnarowskiego z 26. pułku, który wziął zbliżającą się kolumnę za Niemców. Tego rodzaju pomyłki zdarzały się w kampanii wrześniowej wielokrotnie i były trudne do uniknięcia w ogólnym chaosie.
W następnej miejscowości, Siennicy, żołnierze napotkali Niemców. Szwadron rotmistrza Roycewicza podjął próbę ataku z marszu. Doszło do walki na białą broń. W Siennicy spłonęła szkoła i wiele innych budynków. Zapadła decyzja, że atak zostanie wznowiony nocą – i gdy ułani zaczęli już przygotowywać dla siebie i koni miejsce postoju i organizować ubezpieczenie, nagle przyszedł rozkaz z dowództwa Armii „Warszawa” o przejściu pułku do Kołbieli, a stamtąd marszu na południe. W tej wojnie rozkazy zmieniały się niemal co godzinę. Operacja odbicia z rąk niemieckich Mińska Mazowieckiego i wyparcia przeciwnika za Bug została przerwana. Było wiadomo, że postój w Kołbieli będzie krótki i pułk czeka długi, ciężki marsz. Teraz wiele zależeć będzie przede wszystkim od koni i od tego, jak wytrzymają trudy. Od początków służby w wojsku, jeszcze jako młody podporucznik Henryk Roycewicz uczył swoich żołnierzy troski o wierzchowce. „Zanim sam zasiądziesz za stołem, najpierw nakarm konia – przypominał podwładnym kawaleryjską zasadę. – Traktuj konia jak swego najlepszego przyjaciela, jak członka rodziny”.
Zwierzęta potrafiły odwzajemnić okazywane im uczucia. Ileż to razy dzięki ich odwadze i szybkości ułani wychodzili z opresji! Instynktownie wyczuwały niebezpieczeństwo i opornie szły w zagrożony rejon. Na polu walki nawet te najbardziej krnąbrne i nieposłuszne wykonywały wszystkie rozkazy. Podczas nocnych przemarszów pod ostrzałem artyleryjskim i bombami dźwigały ułanów, trzymając się wyznaczonego kierunku. Wytrzymywały głód i pragnienie, dzieląc z ułanami żołnierski los. Ratowały im życie, bezbłędnie reagując na sygnał trąbki. Podczas nocnych postojów ogrzewały śpiących żołnierzy.
Chociaż był już późny wieczór, rotmistrz zebrał szwadron i udał się wraz z żołnierzami nad przepływającą obok Kołbieli niewielką rzeczkę zwaną Antoninką. Konie długo stały w wodzie, mocząc nogi. Dla zwierząt to najlepsza forma odnowy, stosowana w sporcie jeździeckim. Konie nakarmiono owsem. Na kolację dla żołnierzy nie było już czasu.
Miasteczko pogrążone było w kompletnych ciemnościach, ze względu na niebezpieczeństwo nalotów. Jedynie w pałacu Zamoyskich, gdzie zatrzymało się dowództwo, widoczny był nikły blask świec. Sztabowcy odnotowali: „Nastroje wśród żołnierzy niezłe, niemal wszyscy wierzą, że jak przyjdzie pomoc z Zachodu, przystąpimy do kontrofensywy”.
O godzinie trzeciej nad ranem ułanów poderwała pobudka, zarządzono wymarsz w kierunku Garwolina. Jak zwykle, kolumnę zabezpieczał jeden z plutonów rotmistrza Roycewicza, idący na czele. Gdy wojsko opuszczało miasteczko, rozpoczęła się artyleryjska kanonada. Pociski padały w parku pałacu Zamoyskich, gdzie jeszcze przed godziną biwakowali ułani.
Bocznymi, często polnymi drogami, idąc w szyku dwójkowym, pułk dotarł w rejon Garwolina. Miasto zostało zniszczone, wszędzie widoczne były ślady niedawnych bombardowań. Wiele domów spłonęło, wzdłuż drogi leżały trupy zabitych koni. Rotmistrz Roycewicz miał nadzieję, że może spotka kogoś z rozlokowanego w tej okolicy Ośrodka Zapasowego Kawalerii. Dowódcą tej jednostki był pułkownik Tadeusz Komorowski. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, wszystkie olimpijskie konie, w tym także Arlekin III, miały być przetransportowane z Grudziądza. Niestety, w tłumie wojska i cywilów na zatłoczonej szosie warszawskiej nie spotkał nikogo, kto mógłby skontaktować go z pułkownikiem, a o odłączeniu się od kolumny nie było mowy. Dopiero później pozna losy swego ukochanego wierzchowca. Wszystkie konie Centrum Wyszkolenia Kawalerii z Grudziądza zostały wysłane w pierwszych dniach września na wschód. Na jednym z postojów, już niedaleko Garwolina, transport został zbombardowany. Umieszczone w stodole konie, a wśród nich Arlekin III, spłonęły żywcem. Natomiast podczas rozmów z przygodnie spotkanymi oficerami innych pułków kawalerii dowiedział się, że w okolicy przebywa wielu znajomych i przyjaciół. Kilka dni wcześniej do Garwolina przyjechał major Adam Królikiewicz, obejmując funkcję zastępcy dowódcy Ośrodka Zapasowego Mazowieckiej i Pomorskiej Brygady Kawalerii.
Przyczółka na Wiśle pod Grójcem bronił ze swym szwadronem major Seweryn Kulesza z 7. Pułku Ułanów Lubelskich. Za swą postawę odznaczony został Orderem Virtuti Militari V klasy. Trzeci zawodnik „srebrnej drużyny olimpijskiej” rotmistrz Zdzisław Kawecki był w tym czasie w Kraśniku.
12 września w okolicach Wólki Mlądzkiej nad Świdrem 21. Pułk Ułanów Nadwiślańskich stoczył ciężki bój z nacierającymi ze wschodu wojskami niemieckimi. Podczas walk ciężko ranny został dowódca pułku, olimpijczyk podpułkownik Kazimierz Rostwo-Suski. Odwieziony do szpitala, przeżył oblężenie Warszawy. Po wojnie został odznaczony Orderem Virtuti Militari V klasy.
Szlak bojowy Brygady Nowogródzkiej prowadził teraz na południe, wzdłuż linii Wisły ku granicy z Rumunią. Główne drogi były zatłoczone, z każdym dniem przybywało prywatnych i rządowych samochodów na warszawskich rejestracjach. Kto mógł, opuszczał stolicę. Tempo marszu było bardzo wolne ze względu na uchodźców, którzy dźwigając cały dobytek, zajmowali nieraz całą szerokość szosy. 25. Pułk Ułanów minął Dęblin, Łaskarzew, Baranów i Lubartów, tocząc potyczki z oddziałami niemieckimi.