top of page

Okupacja

 Ucieczka ze stryjskiego szpitala

 

        Po potyczce pod Koniuchami ranny rotmistrz Roycewicz, podobnie jak kilku innych oficerów, znalazł się w sowieckiej niewoli. Miał przestrzelone kolano, które wymagało jak najszybszej interwencji chirurgicznej. W powiatowym szpitalu w Starym Samborze nie było jednak lekarza, który podjąłby się tak skomplikowanej operacji. Pod eskortą żołnierzy rotmistrz Roycewicz odwieziony został do Lwowa. Dwa szpitale miejskie przy ulicy Łyczakowskiej i Kurkowej zapełnione były rannymi żołnierzami polskimi i sowieckimi. Nie było ani jednego wolnego miejsca. Karetka z rotmistrzem skierowana została więc do Stryja – nieodległego, trzydziestotysięcznego miasta powiatowego. Tu umieszczony został w separatce i znalazł się pod opieką lekarską. Wiadomość o tym, że w szpitalu przebywa olimpijczyk, jeden z najlepszych polskich jeźdźców, szybko rozeszła się wśród personelu.

            „Fakt, że byłem znanym sportowcem, pozwalał mi przetrwać te ciężkie chwile – wspominał po wojnie. – Moją separatkę, choć była pod strażą, często odwiedzali lekarze, pytając o stan zdrowia. To bardzo podtrzymywało na duchu”.

            Na korytarzu, przed drzwiami stał żołnierz z karabinem i sprawdzał każdą wchodzącą osobę. Kontakt z innymi oficerami przebywającymi w szpitalu był utrudniony, ale za pośrednictwem lekarzy i pielęgniarek dotarły do niego wiadomości o bitwie pod Wolą Sudkowską, a także o losach wielu przyjaciół.

            Bilans strat 25. Pułku Ułanów Wielkopolskich był przygnębiający. Poległo i zostało rannych 60 procent ułanów, 15 procent uznano za zaginionych. Ci, którzy ocaleli, w większości znaleźli się w niewoli niemieckiej, na Węgry powędrowała niewielka grupka żołnierzy.

            Po bitwie pod Wolą Sudkowską dowódca 25. Pułku Ułanów pułkownik Stachlewski z grupą oficerów postanowił nie opuszczać kraju. Sztandar pułkowy, ufundowany jeszcze w 1923 roku, zakopali w lesie koło Mościsk i ruszyli do Lublina. Nocą 27 września dom, w którym się zatrzymali, został otoczony przez Ukraińców i wyprowadzono ich na drogę. Pułkownik Stachlewski, rotmistrz Włodzimierz Pilinkiewicz i porucznik Wacław Witkowski zostali zamordowani, a ich konie zabrano.

            Do niewoli sowieckiej trafiło 20 oficerów 25. Pułku, żaden z nich nie ocalał. Zostali rozstrzelani w Katyniu.

            Wojnę przeżyli ci, którzy zdecydowali się przejść na tereny zajęte przez Niemców i dobrowolnie oddać do niewoli. Przedziwnie układały się losy polskich żołnierzy podczas tej wojny. Przed śmiercią z rąk Ukraińców niejednokrotnie ratowała sowiecka niewola, przed śmiercią w Katyniu – niewola niemiecka.

            W ciągu tych kilku miesięcy spędzonych w szpitalu rotmistrz zaprzyjaźnił się z całym personelem, z lekarzami, pielęgniarkami, pracownikami administracji. Pierwsza operacja przestrzelonego stawu kolanowego nie dała rezultatu i stan zdrowia się nie polepszył, nadal z trudem się poruszał. Wówczas narodził się plan ucieczki, w której potrzebna była pomoc kilku osób.

            Co pewien czas wzywany był na przesłuchania, podczas których wypytywano go przede wszystkim o związki z generałem Andersem. Pewnego dnia do separatki wpadł sowiecki oficer z pistoletem w dłoni, wykrzykując: „Zabiję cię, sukinsynu, dlaczego do mnie strzelałeś?”. Na szczęście strażnik skutecznie wkroczył do akcji i napastnik został wyprowadzony. Okazało się, że to żołnierz, który został ranny podczas walk pod Koniuchami, pacjent z sąsiedniego pokoju. Na ogół jednak z upływem czasu panujący w szpitalu więzienny reżim znacznie osłabł i straże były mniej czujne. Łączyło się to z tym, że część załogi sowieckiej miała zostać wysłana na front północny, gdzie toczyły się ciężkie walki z wojskami fińskimi. Pojawiły się warunki zorganizowania ucieczki. W przebraniu z pomocą pielęgniarek rotmistrz został wyprowadzony do szpitalnego ogrodu, gdzie czekał na niego zaprzyjaźniony lekarz. Samochodem pojechali na dworzec kolejowy i wsiedli do pierwszego pociągu odjeżdżającego do Lwowa.

            We Lwowie działała już komisja do spraw wymiany jeńców. Ci, którzy pochodzili z Polski centralnej, mieli prawo ubiegać się o powrót do swych rodzin. Podając się za zwykłego żołnierza, pod zmienionym nazwiskiem rotmistrz stanął przed komisją. Widocznie widok inwalidy wojennego poruszającego się o kulach i wniosek spełniający warunki deportacji przekonały członków komisji, bo uzyskał zgodę na wyjazd. W kwietniu 1940 roku wyruszył do Krakowa.

 

Rok w Krakowie

 

        Wynędzniały, jakby starszy o kilka lat, w wytartym mundurze prostego żołnierza zjawił się w Krakowie w połowie kwietnia 1940 roku. Nawet najbliżsi z trudem go poznawali. Kampania wrześniowa i kilkumiesięczna niewola sowiecka pozostawiły wyraźne ślady. Poruszał się z trudem o kulach, lewa noga była całkowicie unieruchomiona.

            Rotmistrzem Roycewiczem zaopiekowały się siostry zakonne. Już od stuleci, od czasów wojen napoleońskich krakowskie klasztory były schronieniem dla żołnierzy. Istniały specjalne przytułki dla inwalidów wojennych. W 1939 roku sytuacja się powtórzyła. Dla rotmistrza Roycewicza należało znaleźć dobrego lekarza.

            W Krakowie rządy „twardej ręki” sprawował doradca prawny Adolfa Hitlera gubernator dr Hans Frank. Już w pierwszych miesiącach okupacji przez miasto przeszła fala terroru. Zapełniło się więzienie na Montelupich, z rozkazu Franka wysłano do obozów koncentracyjnych 183 profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego i Akademii Górniczo-Hutniczej. Represje objęły ziemian, księży, nauczycieli i oficerów Wojska Polskiego. Polowano przede wszystkim na oficerów, dla których Kraków stał się punktem przerzutowym na szlaku prowadzącym na Zachód.

            Po rozwiązaniu Brygady Nowogródzkiej pułkownik Tadeusz Komorowski postanowił z grupą towarzyszy przedostać się na Węgry. Wędrowali z Lublina nocami, kryjąc się przed niemieckimi oddziałami; wyruszyło ich piętnastu, do Krakowa dotarło tylko dwóch. Spotkania z dowódcą 9. Pułku Ułanów Małopolskich pułkownikiem Klemensem Rudnickim i działaczem Stronnictwa Narodowego Tadeuszem Surzyckim przekonały go, że bardziej przydatny będzie w kraju. W Krakowie i okolicy już w pierwszych tygodniach okupacji zaczęły samorzutnie powstawać tajne organizacje militarne i paramilitarne. Przybrał pseudonim „Tadeusz Korczak” i już w grudniu 1939 roku zaczął wspólnie ze swymi towarzyszami organizować w południowo-zachodniej Polsce pierwsze oddziały wojskowe podporządkowane Służbie Zwycięstwu Polski. Wiosną 1940 roku mianowany został komendantem obszaru krakowsko-śląskiego i awansowany do stopnia generała. Rzadko wychodził z domu, ze swymi współpracownikami spotykał się na dalekich spacerach poza miastem, w kościołach i na cmentarzach, unikał centrum Krakowa i poruszał się prawie wyłącznie po przedmieściach. Zmienił wygląd – zgolił wąsy, zaczął nosić okulary. Wszelkie kontakty ograniczył do minimum.

            Być może właśnie dlatego nie doszło do spotkania dwóch dobrych znajomych: Roycewicza i Komorowskiego, choć przez ponad rok mieszkali w tym samym mieście.

            Prawie roczny pobyt w Krakowie był jednym z najtrudniejszych okresów w życiu rotmistrza. Dzień i noc towarzyszyło mu uczucie zagrożenia. Każde pukanie do drzwi budziło niepokój o los własny i tych, którzy użyczali mu schronienia, każda głośniejsza rozmowa na korytarzu sprawiała, że wstrzymywał oddech. Przed wojną był znaną postacią, jego zdjęcia z Olimpiady 1936 roku ukazywały się na pierwszych stronach gazet. W każdej chwili mógł być rozpoznany. Na miasto wychodził więc rzadko, zawsze w czapce nasuniętej na oczy.

           Tymczasem władze niemieckie z każdym miesiącem stawały się coraz bardziej podejrzliwe i utwierdzały się w przekonaniu, że centrum dowodzenia ruchem konspiracyjnym znajduje się w Krakowie. Na murach miasta pojawiły się plakaty informujące mieszkańców, że „ci sami ludzie, którzy sprowokowali wojnę i pogrążyli społeczeństwo polskie w otchłani nędzy, podjęli obecnie próbę organizowania spisku przeciw władzom niemieckim, co ściągnie na ludność nowe nieszczęścia”. Równolegle z tym obwieszczeniem ukazał się nakaz rejestrowania się w urzędach niemieckich wszystkich oficerów.

            Rotmistrz Roycewicz, podobnie jak inni oficerowie przebywający w tym czasie w mieście, nie zastosował się do zarządzenia. Dzięki pomocy przyjaciół nawiązał kontakty z podziemiem. Jego sytuacja na początku 1941 roku uległa dość istotnej zmianie. Kolejna operacja, przeprowadzona w jednym z krakowskich szpitali, okazała się udana. Noga została uratowana i wiadomo było, że wprawdzie o lasce, ale będzie mógł normalnie chodzić i funkcjonować. 

            Centrum ruchu oporu przenosiło się do Warszawy, w połowie kwietnia 1941 roku rotmistrz Roycewicz opuścił więc Kraków i zamieszkał w stolicy.

bottom of page