Marsz na południe
Rozmowa "trójmęska"
o generale Andersie i rotmistrzu Roycewiczu
Rozmawiają:
Zbigniew Chmielewski
- dziennikarz, historyk, pisarz
Marcin Szczypiorski
- sportowiec, trener jeździectwa, wieloletni prezes Polskiego Związku Jeździeckiego
Stefan Roycewicz
- bratanek Rotmistrza i gospodarz spotkania
Wideo nagrane 5 lipca 2024
25 września w południe rotmistrz Roycewicz został wezwany do dowództwa. Generał Anders siedział za stołem, studiując z uwagą rozłożone przed nim mapy. „Oto droga, którą trzeba będzie sprawdzić – oznajmił, pokazując czerwoną linię. – Z każdego punktu proszę o meldunek sytuacyjny. A więc do zobaczenia w Koniuchach…”. I wręczył mu kartkę papieru z wypisanymi odręcznie nazwami miejscowości: Siedliska, Lipniki, Radonice, Krukienice, Wola Sudkowska, Władypol, Koniuchy.
Była dokładnie godzina 14, kiedy szwadron razem z dowodzonym przez porucznika Wójcikowskiego plutonem karabinów maszynowych ruszył w drogę. Wieczorem ułani dotarli do kompleksu leśnego. Chociaż konie i ludzie padali już ze zmęczenia, rotmistrz zarządził, że noc spędzą w lesie. Tak będzie bezpieczniej. Z wiadomości napływających spod Lwowa wynikało, że do napadów na wojska polskie najczęściej dochodziło podczas nocnych postojów.
Nad ranem od strony szosy biegnącej wzdłuż linii lasu dobiegł huk motorów, i wkrótce potem ukazała się kolumna samochodów i czołgów sowieckich. Wyrwany ze snu któryś z ułanów pociągnął za spust i doszło do wymiany ognia. Kiedy zaczęły strzelać polskie erkaemy, Sowieci się wycofali. A więc pierwsze starcie i 1:0 dla nas. Kiedy zrobiło się jaśniej, ułani, prowadząc konie za uzdy, pomaszerowali do wsi Koniuchy. Na drodze powitała ich grupa dziewcząt z kwiatami w rękach. Z takim przyjęciem nie spotkali się nigdy przedtem.
Po krótkich negocjacjach udało się wymienić niemieckiego zdobycznego konia na tłustego prosiaka. Odbyło się świniobicie i ułani usiedli do posiłku, jakiego już dawno nie mieli.
Ułani układali się do snu w stodołach, trzymając przy sobie karabiny. Tylko czujki na obrzeżach wsi pozostawały na swych stanowiskach. W pewnym momencie kapral Sybilski z plutonu karabinów maszynowych jako pierwszy dostrzegł jeźdźców i idący za nimi oddział piechoty. Wezwał jednego z ułanów: „Pędź do pana rotmistrza i powiedz, że zbliża się jakieś wojsko”. Tymczasem na horyzoncie pokazały się następne oddziały, a za nimi tyraliera. Wyrwany ze snu rotmistrz Roycewicz chwycił erkaem, wsiadł na konia i pogalopował na skraj wsi. Ledwie wyjechał z opłotków i nawet nie zdążył jeszcze rozejrzeć się po przedpolu, a już znalazł się pod zmasowanym ostrzałem broni maszynowej. Koń padł natychmiast, trafiony dwiema kulami w kręgosłup, i przygniótł jeźdźca; trzy kule ugodziły rotmistrza w nogę. Czołgi nacierały nieprzerwanie, oskrzydlając wycofujący się polski oddział. Tylko nielicznym żołnierzom udało się wycofać głębokim parowem w stronę lasu. Sowieci zaczęli przeszukiwać wieś i wyciągać ułanów z zabudowań. Kilkunastu czerwonoarmistów zgromadziło się wokół leżącego na ziemi rannego rotmistrza Roycewicza, po mundurze zorientowali się, że to dowódca. „Dziesięć bagnetów skierowało się w moją pierś – napisał w swych wspomnieniach. – Nadjechał czołg i strzelec dał znak, by się rozstąpili, podnosząc lufę nieco wyżej oddał w moim kierunku kilka strzałów. Pojawili się oficerowie, jeden z nich wołał: «Ty komandir, dlaczego do nas strzelałeś. Sukinsyn, zabiję ciebie». Dowódca brygady, który nadjechał nieco później, wykazał nieco więcej zrozumienia. Kiedy powiedziałem: «Jesteście oficerami i pytacie mnie, dlaczego strzelałem?», pokiwał z uznaniem głową i zwrócił się do lekarza: «Odpowiadacie za niego. Do szpitala z nim»”.
Czerwonoarmiści ustawili ułanów w dwuszeregu wzdłuż drogi. Jednokonnym wozem wymoszczonym słomą przywieziono rotmistrza. Był blady, z ran w nodze sączyła się krew. Wypytywano żołnierzy, czy to rzeczywiście ich dowódca. Nikt nie zaprzeczył. Wóz ruszył w drogę do szpitala w Samborze.
Przebywający na emigracji w Londynie porucznik Cichocki uzupełnił tę relację: „Wieś Koniuchy przygotowywała się do napadu na polskie wojska. Dziewczęta, które wyszły na drogę z kwiatami, sądziły, że to idą wojska sowieckie. Być może wyjazd z Koniuch do szpitala w Samborze uchronił rotmistrza przed samosądem ze strony ukraińskich chłopów”.

Wojska generała Andersa zbliżały się do wsi Koniuchy, gdzie – zgodnie z rozkazem – miał czekać rotmistrz Roycewicz ze swym szwadronem.
27 września rano idący w straży przedniej 26. Pułk Ułanów dostrzegł pod lasem żołnierzy sowieckich, na oko co najmniej cztery pułki kawalerii; na szosie stała kolumna czołgów i samochodów. Z dowództwa brygady przyszedł rozkaz generała Plisowskiego: „uderzyć w szyku konnym”. Dowódca pułku major Hejnich nie wykonał jednak tego rozkazu, będącego czystym szaleństwem. Chwilę potem pojawił się pędzący na koniu rotmistrz Kuczyński, wołając: „Nie otwierać ognia, wstrzymać ruch. Rozkaz generała Andersa”.
Generał miał nadzieję, że – tak jak z Niemcami – uda się wynegocjować rozejm i jego oddziały będą mogły pomaszerować dalej na południe. Bolszewicy jednak nie podjęli rozmów. Emisariusz rotmistrz Kuczyński, który w towarzystwie ułana z białą flagą przybył do ich sztabu, został wrogo przyjęty.
Kilka minut później sowieci rozpoczęli zmasowany ostrzał artyleryjski. W kierunku wojsk polskich posypały się tysiące pocisków. Rozstawione na rozległej równinie oddziały kawalerii stanowiły łatwy cel. Ledwie zakończył się ostrzał, do przodu ruszyły czołgi. W szczerym polu ułani nie mieli gdzie się schronić. Oddział będący w pierwszej linii został rozbity, inne jednostki także ponosiły coraz większe straty.
Sławna Brygada Nowogródzka, która miała za sobą wiele zwycięskich bitew i liczący 1400 kilometrów szlak bojowy, tym razem poniosła klęskę. Po latach wszyscy eksperci wojskowi zgodnie stwierdzili, że dowództwo Grupy Operacyjnej popełniło olbrzymi błąd. Gdyby przed rozpoczęciem rozmów o rozejmie polskie pułki zostały wycofane do pobliskiego lasu, to dysponując 12 armatami, 12 działami przeciwpancernymi i 36 karabinami przeciwpancernymi, z powodzeniem odparłyby natarcie. Zapomniano o zasadzie, którą często powtarzał rotmistrz Roycewicz: „Bolszewikom nigdy nie należy wierzyć”.
W ciągu kilkunastu minut brygada właściwie przestała istnieć. Rozproszone pułki szukały schronienia w leśnych ostępach. 25. Pułk Ułanów Wielkopolskich, z wyjątkiem szwadronu rotmistrza Roycewicza, poszedł do niewoli niemieckiej, podobnie jak resztki 27. Pułku. Część ocalałych ułanów 26. Pułku, około sześćdziesięciu żołnierzy, którym towarzyszył generał Anders, znalazła schronienie w leśniczówce Zielony Gaj. Sowieci skrupulatnie przeczesywali las i w każdej chwili mogli tu dotrzeć. W tych okolicznościach generał postanowił rozwiązać brygadę. Oficerowie mieli przedzierać się do granicy węgierskiej, szeregowi mogli wracać do domów. Grupę generała Andersa czekało sto kilometrów morderczego marszu przez górzyste bezdroża wśród mas wojsk sowieckich, przez tereny zamieszkane przez ludność ukraińską. Utworzono pięć grup liczących po 14–18 osób, wyposażono je w maksymalną ilość broni i amunicji, a także w najlepsze konie. Nie mając odpowiednich map i nie znając terenu, żołnierze korzystali z przewodnika – miejscowego chłopa, którego na wszelki wypadek przywiązano sznurem do konia. Ukrywając się przed patrolami sowieckimi i omijając wioski ukraińskie, po trzech dniach dotarli do linii rzeki Stryj. Teraz czekało ich strome podejście górskie, porośnięte gęstymi zagajnikami i chaszczami. Trzeba było podjąć tak trudną dla każdego ułana decyzję o rozstaniu się z końmi. Żołnierze przywiązali je do drzew i ruszyli dalej. Po chwili znów były przy swoich opiekunach – pozrywały sznury i szły krok w krok za nimi. Kładły im głowy na ramionach, pokazując swą radość. Niejednemu ułanowi zakręciła się łza w oku, ale nie było innego wyjścia – ponownie uwiązali zwierzęta, ale już mocniej, pozostawiając je na pastwę losu. Odchodzącym oficerom towarzyszyło ich rżenie. Generał Anders odpiął ostrogi i wyrzucił je w zagajniku.
Następnego dnia po kładce przekroczyli Stryj i znaleźli się we wsi Łastówka. Na widok polskich mundurów z domów zaczęli wybiegać chłopi uzbrojeni w widły i siekiery; niektórzy z nich mieli broń. Z wieży cerkiewnej rozległy się dźwięki dzwonu bijącego na alarm. Na niewielkim wzgórzu trzystu napastników, wznoszących wrogie okrzyki w języku ukraińskim, otoczyło polskich oficerów. Generał zakazał otwierania ognia, mając nadzieję, że uda się odejść bez rozlewu krwi. Gdy jednak tłum zbliżył się na odległość trzydziestu metrów i sytuacja stawała się coraz groźniejsza, pociągnął za cyngiel i rozpoczęła się strzelanina. Polacy zaczęli rzucać granaty, co wywołało popłoch wśród chłopów, i szybko wycofali się do wsi.
Generał Anders został ranny: jedna kula wbiła się w ciało w okolicach nerek, druga przebiła na wylot udo. Jego stan był bardzo ciężki, mimo to zadecydowano o natychmiastowym wymarszu, bojąc się, że Ukraińcy ponowią atak. Do granicy węgierskiej było jeszcze około trzydziestu kilometrów. Dwóch oficerów podtrzymywało dowódcę, na podejściach niosąc go na ramionach, a pozostali z bronią gotową do strzału szli obok. Generał był blady i z każdą godziną tracił siły. Nastąpił krwotok, potem drugi. Nie zważając na niebezpieczeństwo, zatrzymano się i rozpalono ognisko. Na chwilę obieg krwi powrócił do normy, ale wkrótce przyszedł kolejny kryzys. Nie podnosząc się z ziemi, generał poprosił, aby żołnierze go zostawili. Wyciągnął rewolwer i powiedział, że woli samobójstwo niż poddanie się Ukraińcom. O trzeciej nad ranem, kiedy wystąpiły oznaki trzeciego krwotoku, pada ostatni rozkaz generała: „Musimy się rozstać”. Siedmiu spośród czternastu oficerów, którzy rozpoczęli wędrówkę, ruszyło ku granicy węgierskiej, a generał Anders w towarzystwie swego adiutanta rotmistrza Kuczyńskiego poszedł do najbliższej miejscowości, Jasionki Masiowej, szukać lekarskiej pomocy. Pojawienie się polskiego generała wywołało sensację wśród mieszkańców. Natychmiast znalazł się ktoś, kto doniósł o tym władzom sowieckim. Jeszcze tego samego dnia 30 września generał został odwieziony pod eskortą do Starego Sambora, gdzie odbyło się przesłuchanie z udziałem generała 12. Armii Sowieckiej Iwana Tiuleniewa i dwudziestu oficerów politycznych. 1 października został przetransportowany do Lwowa i osadzony w więzieniu Brygidki.
Dalsze losy generała są dobrze znane – więzienie w Moskwie, wielomiesięczne przesłuchania przez NKWD, w 1941 roku, po zawarciu układu polsko-sowieckiego, wyszedł na wolność.