Jeździectwo
„Chciałem być jak najbliżej koni i w 1957 roku rozpocząłem pracę jako trener I klasy na torze wyścigowym na Służewcu. Trenowałem przede wszystkim młodzież. Cel mieliśmy wspólny – chcieliśmy wygrywać zawody. Niestety, wkrótce trzeba było zrezygnować z tego zajęcia. Zarabiałem bardzo mało, a miałem na utrzymaniu żonę i syna. Przeniosłem się więc do «Animexu», gdzie moja pensja jako inspektora-rzeczoznawcy była znacząco wyższa. Gdy już trochę «stanęliśmy na nogi», postanowiłem powrócić do sportu jeździeckiego”.
Po uzyskaniu stopnia trenera klasy specjalnej i uprawnień sędziego międzynarodowego, w 1968 roku podjął pracę w Wojskowym Klubie Sportowym Legia w Starej Miłosnej i pracował tam aż do emerytury, do 1973 roku.
Atmosfera zawodów, przygotowania olimpijskie, praca z młodzieżą i konie, przede wszystkim konie – to był świat, którego mu brakowało w ostatnich latach. Można było sądzić, że wreszcie znalazł pracę dającą zadowolenie i poczucie bezpieczeństwa. Jednak Legia, podobnie jak inne kluby wojskowe, naszpikowana była w tamtych latach pracownikami służb informacyjnych.
Pod koniec lat 60. po Warszawie zaczęła krążyć plotka, że rotmistrz Roycewicz jest współpracownikiem Urzędu Bezpieczeństwa. Dzisiaj trudno powiedzieć, kto był jej autorem i jak się zrodziła, ale informacja rozeszła się lotem błyskawicy. Jej skutki odczuwał na co dzień nie tylko rotmistrz, ale i cała jego rodzina.
„W całym środowisku spotykał się z ostracyzmem – opowiada Iwona Kaiser. – Kiedy wchodził do Polskiego Związku Jeździeckiego, rozmowy milkły. Dawni przedwojenni koledzy unikali spotkań z nim. Jako trener wyeliminowany został z przygotowań przedolimpijskich. Aż trudno uwierzyć, aby był to jedynie rezultat złośliwej plotki”.
Czy to możliwe, by zgodził się na współpracę z UB?
Zbierając materiały do tej książki, wiele tygodni spędziłem w archiwach wojskowych i IPN, studiując zawartość jego teczek personalnych, protokołów z przesłuchań i akt procesowych. Nigdzie nie natrafiłem na najmniejszy chociażby ślad zgody na taką współpracę. Przeciwnie – podczas wielogodzinnych spotkań ze śledczymi nie ukrywał swych poglądów. Zachowały się natomiast stosy donosów, bezpodstawnych oskarżeń i zwykłych „fałszywek”. Można przypuszczać, że plotka była elementem „gry operacyjnej” mającej na celu skompromitowanie go w środowisku.
Mimo zagęszczającej się wokół niego atmosfery nie zerwał kontaktów z klubem sportowym. Jak wspomina pułkownik Janusz Żbikowski, po przejściu na emeryturę aktywnie działał w Kole Seniorów warszawskiej Legii.
Marcin Szczypiorski
- sportowiec, trener jeździectwa, wieloletni prezes Polskiego Związku Jeździeckiego
Wideo nagrane 5 lipca 2024 w domu Stefana i Marii Roycewiczów w Warszawie